Rozdział drugi: Spotkania

niedziela, 29.listopada.2009, 20:39
-Kto tam?
-To ja.
-Jaka ja?
-Święty Mikołaj. – parsknięcie – Anka, a kto niby inny? - Słychać było irytację w jej głosie.
Otworzyłam oczy. Słońce mnie poraziło. Tyle światła na raz, to było jednak zbyt wiele jak na moje zaspane oczy. Czy to jakaś nowa tortura?
-Już myślałam, że mi nie otworzysz. Gorzej, prawie stwierdziłam zgon.
-Bardzo śmieszne. Nie wiedziałam, że święty Mikołaj nie ma już brody - Ziewnęłam.
-Zgolił wczoraj. Miałam zaraz zacząć dzwonić do ciebie na komórkę.
-Już nie musisz.
-Ruszaj się, bo spóźnimy się do pracy.
-Ahaaa.- kolejne ziewniecie - Zrób mi kawy, zaraz wracam.
Szybki prysznic. Zimna woda może obudzić człowieka. Już wiadomo, dlaczego mówi się, że zimna woda otrzeźwia umysł. Szkoda, że nie we wszystkich wypadkach.
Zaczęłam:
-No opowiadaj, co tam słychać u Bartka.
-A nic nowego w gruncie rzeczy… Oprócz tego, że dostał awans.
Czy wspominałam, że pan wspaniały, dla mnie i tak wiecznie pozostanie Owsikiem, trafił dość szybko na całkiem poważne stanowisko w polskiej filii Microsoftu?
-Czyli kim on jest teraz?
-Z tego co wiem, to zastępcą szefa działu projektów.
-Noo, to fajnie - tak, zaspana bywam zawsze rozmowna, a poziom moich wypowiedzi zadziwiał mnie nieustannie.- A coś więcej miedzy wami?
-Nie, nic takiego się nie dzieje.
Acha, jasne, a oczy to ci się błyszczą, bo za dużo wypiłaś Tigera. A do tego odwracasz wzrok.
-No mów. Przecież widzę, że coś przede mną ukrywasz. Więc…?
-Ech… Zaproponował mi, żebym z nim zamieszkała.
Ta dam! Oto i grom z jasnego nieba.
-To wspaniale! Co odpowiedziałaś? Mam nadzieję, że się zgodziłaś. Na pewno. Kurczę, kiedy cię pakujemy?
-No właśnie, o to chodzi. Jeszcze nie pakujemy. Póki co powiedziałam, że się zastanowię, bo to w końcu spory krok, no i…
-Nad czym się tu zastanawiać dziewczyno? Przecież i tak coraz rzadziej tu sypiasz, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego nie mielibyście być oficjalnie razem.
-Ale ty zostaniesz tu sama.
-Nie martw się o mnie dziecko. Dam sobie sama radę.
-Babciu, jak ja mam się nie martwic o ciebie, skoro notorycznie przeginasz?
-Obiecuje, że przestanę.- Gestem zrobiłam aureolkę nad głową.- Wiec kiedy cię pakujemy?
-Uważaj, bo ci uwierzę. Zaczekaj jeszcze trochę, póki co to muszę mu powiedzieć.
-Czyli dzisiaj mu mówisz. Od jutra pakowanie?
- Mówię ci, zobaczymy. Tymczasem zbieraj się, bo zrobiło jest już późno.

W drodze do szpitala odbył się rytuał, czyli opowieści o Owsiku. Wszelkiej maści. Nawet takie, które powinny być puszczane po 23 i oblepione wszelkimi znakami mówiącymi, że dany tekst jest dla osób powyżej 18 lat. Totalny i całkowity owsikocentryzm. Był też rekonesans tego, co ciekawego po ulicach pomyka. Z żalem i to nie małym stwierdziłyśmy, że mamy tu do czynienia z „fala bananową”. Tak dużą, jak ostatnie tsunami. „Gdzie te chłopy?”, chciałoby się zaśpiewać. Odpowiedź była prosta. W książkach, bo filmy karmiły nas podobnymi, a czasem nawet gorszymi lalusiami. Oto nasza rzeczywistość. To jakby włożyć Jezusowi Conversy i wysłać na koncert popowy - gryzie się.
W końcu dotarłyśmy do naszej Ziemi Obiecanej. Przebrałyśmy się w ekspresowym tempie. Kto żyw na odziały! Krótki, ale szczegółowy obchód na dobry początek nocki.
Zatrzymałyśmy się u porannego dziadka i dowiedziałyśmy się jak ma na imię - Jan. Poza tym uraczył nas opowieścią o swoim życiu. Okazał się podróżnikiem i pisarzem, jak był młodszy wykładał na uniwersytecie, aktualnie siedzi w domu i wspomina stare czasy. Czasem odwiedzają go wnuczki, ale rozumie, że maja swoje życie i kariery, czasu czasem im brak. Był bardzo szarmancki i oczywiście nas podrywał. Te stare roczniki nigdy się nie zmienia.
-Miły człowiek- Wyrwała mnie Ania z zamyślenia.
-Tak, tak. Masz rację.
-Dużo przeżył. Wspaniale opowiada, będę częściej wpadać z tobą do niego.
-Jasne. A póki co trzeba wpaść gdzie indziej – na izbę przyjęć. Co o tym sądzisz?
-Nie wiem jak ty, ale ja o niczym ostatnio nie marzyłam, jak tylko o tym.

W izbie jak zwykle o tej porze - cisza. Tylko pojedyncze pielęgniarki przebiegały to tu, to tam.
-Cześć dziewczyny. Co nowego słychać?
-O, nie widziałam ostatnio pani doktor.
-Nie miałam żadnej nocki, a w dzień to wiadomo jak jest, ciężko się wyrwać.- tłumaczyła się Ania.
-Prawda. Słyszałam, że pan doktor Michał ma nowa dziewczynę – pani Asia postanowiła przystanąć i uciąć z nami pogawędkę. Najlepsze szpitalne źródło wszystkich plotek.
-Która to już z kolei? - zapytała pani Marysia, najlepsza pielęgniarka anestezjologiczna.
-Kto to wie. Młody jest, niech się chłopak wyszaleje. Jakbym była młodsza sama bym się wokół niego zakręciła.
-A czemu nie teraz?- wypaliłam nie myśląc zbyt długo nad tym, co miałam powiedzieć.
-Mógłby być moim synem, pani Gosiu – zaczęła się śmiać - Zresztą, mam męża. Ale pani z tego co wiem nie ma nikogo..
-Co? Ja?- słysząc te słowa prawie zakrztusiłam się kawą. Nie jestem pewna, czy w takim przypadku pomogła by mi zwykła pomoc przedmedyczna.
-Nie jest w moim typie.
Dalej nie słuchałam o czym toczy się rozmowa, zbyt bałam się dowiedzieć cóż jeszcze w szpitalu piszczy i kogo z kim postanowiły zeswatać. Niewiedza czasem jest błogosławieństwem.
Zbliżał się powoli mój ,,ulubiony" okres w czasie - święta. Na samą myśl o nich zrobiło mi się słabo. Mimo tego, że już jestem na tyle dorosła, by nikt z rodziny nie kazał mi pilnować małych dzieci (z resztą i tak większość małych dzieci stała się większymi dziećmi), to same wciskanie do organizmu tej ogromnej ilości jedzenia mnie zbytnio nie zachęcała. Pozostaje dodatkowo moja ulubiona kwestia - rodzinne pogawędki. O tak, to jest to co ,,duże dzieci" lubią najbardziej. Hmm… Może wzięłabym sobie dyżur w święta? Kusząca propozycja, fakt, tylko, że mama by mnie najprawdopodobniej zabiła, a tata przestał się do mnie odzywać. Mimo wszystko, nie chcę mieć z nimi żadnych problemów.
-Gdzie jedziesz na święta? – musiałam się Anki o to spytać. Moja ostatnia nadzieja.
-Do rodziców.
-Do Brukseli?
-Tak. A czemu pytasz?
-Bo pomyślałam, że zabrałbym cię do siebie. Byłabyś moim ewentualnym ratunkiem.
-Ech… Wybacz, ale będziesz musiała sama stawić czoła rodzince. Tak samo jak i ja będę musiała stawić czoła swojej.
-Nie ma sprawy. Nie takim rzeczom dawało się radę.
W drodze na odział, chociaż była już bardzo późna (a raczej wczesna pora) zaczepił nas ordynator.
-Mogę na słówko?
-Oczywiście panie ordynatorze.
Zaprowadził nas do swojego gabinetu, na drugi koniec szpitala.
-Zapraszam do środka. Miałem ogłosić to dzisiaj rano, ale wiem, że części już tu nie będzie o tej porze. Rada szpitalna podjęła decyzję: postanowiliśmy zgodzić się na prośbę pani minister i zacząć uczyć.
-Jak to? Przecież zawsze podchodził pan do tego bardzo sceptycznie. – zdziwiła się Ania.
Mało powiedziane – pomyślałam.
-Wiem pani doktor, ale i nam przystawiono nóż do gardła i postawiono ultimatum. Nie mając wyboru musiałem się zgodzić. Dlatego też za jakiś miesiąc pojawią się u nas studenci. I to właśnie dlatego proszę was, żebyście ich nie straszyły za bardzo. Przynajmniej w granicach rozsądku. I zdecydowanie nie na początku…

***

Popatrzyłam na zegarek – ósma rano. Pora się zbierać do domu. Anka gdzieś zniknęła. Pójdę jeszcze do mojego ulubionego pacjenta - pana Jana.
Wszystko w normie, spał. Stwierdziłam, że nie będę go budzić, powinien jak najwięcej odpoczywać. Wyjrzałam przez okno: znowu padało. No świetnie. Czy ta cholerna pogoda mogłaby chociaż raz być normalna? W końcu jest marzec, powinno świecić SŁOŃCE, nie PADAĆ, jak przez ostatnie… 3 miesiące? Czy my jesteśmy w strefie monsunowej? Z tego co wiem, to raczej nam do niej daleko. Pogoda leciała z nami w kulki, ot co.
Zamyślona, skierowałam się w stronę wyjścia. Nagle wpadłam na kogoś, prawie go przewracając. W ostatniej chwili złapałam równowagę.
-Ojej, najmocniej przepraszam…
-Nic nie szkodzi- odpowiedział mi jakiś niski męski głos. Podniosłam głowę i katem oka zobaczyłam nieszczęśnika na którego wpadłam. Czy to…?
Nie no, to nie możliwe. Niemożliwe, mówię! Pewnie od braku cukru i kofeiny we krwi mam halucynacje. Jeszcze trochę i skończę jak dr House – w psychiatryku… Nie bawiąc się dłużej w Sherlocka Holmesa jak najszybciej skierowałam się do samochodu i pojechałam do
domu. Wypiłam kolejną kawę, rozglądając się z dezaprobatą po naszym zakurzonym mieszkaniu. Ania zapewne od razu pojechała do Bartka ogłosić mu dobrą nowinę. Po wypiciu kawy stwierdziłam, że należy stoczyć bitwę z kurzem i wszelkim brudem mieszkalnym, tak na uspokojenie nerwów.

****

Padłam zmęczona na kanapę. Matko, w jaki sposób to wszystko się tak zabrudziło, skoro praktycznie nikt tu nie mieszka? Zarówno ja, jak i Anka, czasem tutaj śpimy, no i również czasem robimy kawę… Padłam i nie miałam zamiaru się ruszyć. Nie było mowy, żeby cokolwiek lub ktokolwiek kazał mi teraz cokolwiek zrobić.
Dzwonek to drzwi.
A jednak…
Taak… .Już pędzę, lecę… Nie. Raczej czołgam się, albo pełzne. Jak zwał tak zwał.
-Tak?
-To ja, Anka.
-Właź. Co taka rozradowana?
-Rozmawiałam z Bartkiem, strasznie się ucieszył. Najprawdopodobniej jutro pakowanie, a dzisiaj idziemy uczcić wyprowadzkę.
-Gdzie? Jak?
-Idziemy do klubu. I bez gadania! Idź się szykować, już.
Wydałam z siebie serie dziwnych jęków, dźwięków niczym płetwal błękitny chcący porozumieć się ze swoimi kompanami. Było to rozpaczliwe wołanie o pomoc. Niestety nikt nie odpowiedział. Czemu? Boże, przebacz i ratuj. Do klubu? Czy ja mam 16 lat żeby szlajać się po klubach? Nie. Jestem juz na to zdecydowanie za stara. Pojęczałam jeszcze trochę z nadzieją, że mi odpuści. Jednak po 10 minutach stękania i buntu, który niestety mi nic nie dał, stałam w tej zasranej łazience z myślą, że będę musiała założyć sukienkę. Ale co to, to nie. Po moim trupie. Nigdy kurde w życiu. Nie ma nawet takiej opcji. Co ja jestem, lalka Barbie? Wersja wiosenna z sukieneczkami? Oooo nie. Chciałam czegoś neutralnego. Czarne spodnie pojawiły się przed moimi oczyma niczym spadająca gwiazda, dosłownie spadająca. Zamknęłam oczy i wzięłam coś na chybił trafił.

No i pojechaliśmy do klubu. Plan na dziś: spić się na potęgę.
-Nie wiedziałam, że lubisz takie miejsca?
-Poszerzam horyzonty. – Anka wyszczerzyła się od ucha do ucha.
-Nie lepiej było pójść sobie na romantyczna kolację we dwoje, a nie oczyszczać antyki?- to mówiąc wskazałam na siebie.
-Nie przesadzaj Gośka, nie jesteś antykiem.
-Ja się nie bawię z przedszkolakami.
-Nie będzie tam takich. Możesz mi chociaż raz bezgranicznie zaufać?
-Mogę.
-No to uśmiechnij się, bo wyruszamy na miasto.

Nawet nie mam pojęcia jak nazywał się ten klub. To było bez znaczenia zresztą, i tak nie miałam zamiaru tu wpaść jeszcze. Miał ładny wystrój w każdym razie. Pomieszczenie jest ogromne. Czerwono-czarne ściany. Czarny długi bar z biało-niebieskim blatem ciągnął się od jednej ściany w kierunku środka, robiąc coś w stylu półkola - to mój port docelowy.
Klub był mieszanką stylu nowoczesnego i bardziej klasycznego. Panował w nim lekki półmrok. W powietrzu dało się wyczuć bez problemu woń alkoholu, papierosów i perfum. Jednak nie czułam się źle. Po bokach filarów z jednej strony spływały długie aksamitne, czerwone połacie materiału podświetlane od dołu. Parkiet był pełny różnych ludzi.
Okazało się, że w loży czekało już na nas kilka osób ze szpitala. Ciekawe kto jutro będzie pracować? Ja na szczęście miałam wolne.
-Cześć wszystkim. Co bierzecie do picia?
Tysiąc zamówień wystrzeliło w moją stronę niczym z karabinu maszynowego. Wzięłyśmy jeszcze parę osób do pomocy i zniknęłyśmy w tłumie wirujących ludzi.
Nagle muzyka zmieniła się na zupełnie inną. Nie pasująca do klubu. Co to?....Tango? Co u licha…?
W tym momencie przy naszym boku zmaterializował się Owsik. Ledwo się pojawił, a już zniknął, porywając Anię na parkiet. Wirowali wokół innych par. Tak ładnie razem wyglądali…
Wzięłam drinki od przemiłego barmana, który zaoferował mi nawet swoją pomoc i poszłam w kierunku loży.
Gdy skończyła się muzyka nasze gołąbki znów się pojawiły.
Każdy wypił swojego drinka i ruszyliśmy na parkiet. Gdy wszyscy byli na tyle zajęci tańcem, wymknęłam się do baru na kilka shotów. Tego właśnie mi było trzeba: kilka głębszych, żeby zaszumiało w głowie.
-Nie za dużo jak dla tak młodej dziewczyny?
-Nie jestem taka młoda na jaką wyglądam chłopczyku- odparowałam barmanowi.- Poproszę jeszcze raz to samo.
Przypomniały mi się te wakacje, na których piłam absynt z Anką. Tyle czasu już minęło. Szkoda, że w Polsce tego nie ma. Szybko działało i człowiek nie musiał wlewać w siebie tych kolorowych sików. Wzięłam jeszcze jednego i chwiejnym krokiem poszłam szukać Anki, żeby jej powiedzieć, że wracam do domu. Znalazłam ją szybko, próbowała mnie przekonać, żebym jeszcze została, ale już chyba wystarczająco w siebie wlałam alkoholu i nie dałabym rady zbyt długo tu wytrzymać. Potańczyłam z nimi chwile i wyszłam.
Nie miałam pojęcia jak trafiłam do domu, a tym bardziej jak kluczem do zamka. Powinni robić większe dziurki i klucze. Napiszę jutro zażalenie na ten temat do Ministerstwa Kluczy i Dziurek. Dziurek? Na tę myśl wybuchnęłam śmiechem. Dowlekłam się do lóżka i zasnęłam w ubraniu.

* * *

Moją głowę chyba ktoś wczoraj odciął i rozegrał nią mecz siatkówki. Ból i wszystko co towarzyszy tzw. kacowi było tak spotęgowane, że ledwo się ruszałam. Słodki Jezu, nie pije już. Dużo wody i aspiryna to mój jedyny ratunek. Nagle zadzwonił telefon. Litości, czemu tak głośno? Jak trzeba to go nie słychać, a jak nie to proszę… Kto się tak dobija? Popatrzyłam na wyświetlacz-Ania
-Halo? - wymamrotałam
-Cześć. Jak się czujesz?
-Słabo. A Ty?
-Wspaniale. Bartek przeszedł sam siebie.
-Nie wątpię.
-Wszystko ci opowiem, tylko musimy się spotkać. Masz dzisiaj czas po południu?
-Pewnie mam.
-No to świetnie. Przyjadę po ciebie o 16.00. Do zobaczenia!
I się rozłączyła. Trzeba się ogarnąć. Popatrzyłam w lustro: wyglądałam fatalnie. Przychodziły mi na myśl tylko i wyłącznie te słowa: I look like a shit. Nic dodać nic ująć. Prysznic nie dał spodziewanych efektów. Wyglądałam lepiej, ale nie na tyle dobrze żeby gdzieś iść i nie
wystraszyć ludzi.
Po jakiejś chwili przyszła Ania i pojechałyśmy na kawę. Znalazła bardzo kameralna i chichą kawiarenkę. Po pierwszej kawie byłam gotowa na opowieści z narni.
-No opowiadaj.
Po mniej więcej godzinnym opowiadaniu, jak to ukochany Anki urządził romantyczny wieczór u niego w mieszkaniu. Róże, świece i wiele rzeczy z gatunku dla bardzo dorosłych, stwierdziłam, że ta to ma dopiero szczęście. Bartek autentycznie za nią szalał.

Po bardzo owocnym spotkaniu, każda z nas pojechała w swoją stronę. W domu skończyłam papierkową robotę, która przyniosłam parę dniu temu ze szpitala.
Wypisując różne skierowania i recepty przeklinałam się w myśli, za to, że wzięłam to wszystko ze sobą. Doprawdy jestem pracoholikiem i coś muszę z tym zrobić. Im szybciej tym lepiej. Wzięłam do ręki jakąś książkę która dostałam od mamy na gwiazdkę, ale dałam rade przeczytać tylko jeden rozdział i zasnęłam. Nie dlatego, że było to jakieś czytadło, zapychacz czasu. Moja głowa dalej nie była w najlepszym stanie co źle prorokowało jutrzejszej pracy.
Sen był błogi. Było mi ciepło i nie musiałam nigdzie się spieszyć. Ludzie byli dla siebie mili i wszystkie choroby były wyleczalne. Nie musiałam martwić się o pieniądze, bo wszyscy doceniali moją prace. Miałam męża i dziecko. Wyjeżdżaliśmy na wakacje w jakieś ciepłe kraje. Moj sen
przypominał mi te wszystkie genialne komedie romantyczne. Książę z bajki na koniu, pałac. To wszystko czym faszerowali nas od młodziutkich lat po czasie okazało się niezłym stekiem kłamstw. Gdzie ten książę? Koń? Pałac? Teraz mamy uroczych panow w dresach z paskami u boku spodni, który lubią odwiedzać solarium i pozbywać się wszelkiego owłosienia, prawie jak ich wybranki. Ostre bryki z których łupie na cały regulator techno. Tak to nasze wspaniałe czasy. Naprawdę jest
czego zazdrościć. Na szczęście nikt nie ma pojęcia co szykuje dla nas następny dzień.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział pierwszy - nowy początek

czwartek, 12.listopada.2009, 21:08
Był cichy, mglisty poranek. Budzik dzwonił jak oszalały pokazując mi, że wybiła godzina 5.00 i pora wstawać.

Pomimo tego, że pracuję już jakiś czas, ta godzina od zawsze mnie denerwowała. Ale jako lekarz muszę być gotowa do działania nawet o pierwszej w nocy. Sama wybrałam sobie taką pracę, nikt mnie nie zmuszał, wręcz przeciwnie; odkąd pamiętam wszyscy mi to odradzali. Moja współlokatorka Ania również jest lekarzem. Poznałyśmy się w liceum i tak jak większość naszej klasy, chciałyśmy zostać lekarzami. Z trzydziestu czterech osób na medycynę poszło jedynie dwanaście. Los zadecydował, że obie zostałyśmy chirurgami; ja
kardiochirurgiem, ona chirurgiem jamy brzusznej. Same studia okazały się prawdziwą męczarnią, którą ukończyli najwytrwalsi i najbardziej zdeterminowani. Lata praktyk i specjalizacji minęły bardzo szybko, gdyż obie miałyśmy dużo samozaparcia i
jeszcze więcej szczęścia. Nasz profesor, czołowy neurochirurg i szef chirurgii w najlepszym w Polsce szpitalu zatrudnił nas w swoim szpitalu. Co więcej, dzięki niemu i naszym wkładzie w naukę, studia medyczne skończyłyśmy rok przed wszystkimi. Do tej pory nie mam pojęcia
jak to się stało, wolę to nazywać cudem. Ania woli umiejętnościami.
Jak każdy szanujący się chirurg, pomimo tak młodego wieku, ma już na swojej liście kilka popisowych operacji. Poza tym, należy do grona osób, które umiały dobrze się bawić, ironizować kiedy trzeba, posmęcić i powkurzać się na innych. Na co dzień
sympatyczna i pomocna ludziom, na sali opanowana, profesjonalna i spokojna, no chyba, że ktoś źle wykonywał swoją pracę. Wtedy nie bała się wygarnąć temu komuś co myśli.
Jest też Marta. Ją też poznałam w liceum. Pomimo tego ze była w biolchemie poszła na iberystykę i została czołowym menadżerem filii hiszpańskiej firmy farmaceutycznej w Polsce. Stanowcza i obrotna, potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Twardo stąpa po ziemi i zawsze wie czego chce. Często kursuje pomiędzy Polską, a innymi krajami. Oprócz zarządzania, pracowała jako tłumacz. Nie porzuciła tego całkowicie, powiedziała tylko, że być może w przyszłości do tego wróci. Obie są wyjątkowe w swoim rodzaju.

Budzik nadal natarczywie dzwonił. „No dobrze, już wstaję”, pomyślałam. Tradycyjnie, po drodze do łazienki, wstąpiłam do kuchni włączyć ekspress do kawy. Zaczął się codzienny rytuał: szybki poranny prysznic. Szybkie spojrzenie w lusterko. Nie malowałam się; uważałam to za bezsensowne skoro to szpital i nikt tam na urodę, bądź jej brak nie zwracał uwagi. No chyba, że mówimy o stażystach bądź studentach… Poranna kawa, list na lodowce do Ani, że mam jeszcze dzisiaj nocny dyżur i życzę jej miłej
zabawy z Jeleniem (aka Bartkiem) i już byłam gotowa do drogi. „Ciekawe, że miłości z liceum mogą tyle przetrwać...” stwierdziłam i uśmiechnęłam się.
Z dojazdem nie było problemów. Jak zwykle o tej porze dnia (przez niektórych jednak uporczywie zwaną nocą) nie ma korków. W końcu kto normalny wstaje o takiej porze? Nikt.
To jedyna słuszna odpowiedź. Żaden lekarz, który postanowił się bezgranicznie oddać swojej pracy nie mógł być o całkowicie zdrowych zmysłach. Zdecydowanie. Za to mnie to całkowite poświęcenie jak najbardziej odpowiadało. Co więcej dawało mnóstwo satysfakcji oraz stawiało mnie w bardzo wygodnym położeniu. Nie miałam za dużo czasu wolnego i dzięki temu moje problemy z płcią przeciwną ograniczały się do minimum.
Mnie to dawało spokój, ale moja rodzina była zaniepokojona tym, że przez ten nawał pracy i darzenie do perfekcji nie znajdę sobie chłopaka, a co za tym idzie i męża, oraz to, że zostanę sama. Mnie osobiście to nigdy nie przeszkadzało, dużo miłości wylewałam na swoja bratanice. Facet tylko przeszkadzałby mi w moim poukładanym życiu.

W końcu dojechałam do szpitala. Niczym błyskawica popędziłam do środka. To jest miejsce w którym czułam się najlepiej. Mimo wszystkich jego wad. Mimo tego smrodu, który jest jego nieodłącznym dodatkiem. Polskie szpitale to ruina. Na szczęście z roku, na rok coraz więcej jest odnawianych. Oby tak dalej.
Zawsze miałam taki ambitny plan, żeby w polskich szpitalach pracowali dobrzy lekarze, skoro sprzęt w większości był przestarzały. Nigdy nie ukrywałam, że wieje tu mocno PRL-em, tak mocno, że można upaść od tego i nie wstać więcej. Przynajmniej o własnych siłach.

Lubię poranki w szpitalu. Jest tak cicho, spokojnie… Z wyjątkiem izby przyjęć i ostrego dyżuru, bo tam zawsze się coś dzieje. Spojrzałam na zegarek – szósta rano. Czas iść do pracy. Co prawda nie od razu, bo jak zwykle zatrzymałam się na izbie; musiałam się dowiedzieć jakie są najnowsze plotki, kogo przywieźli na OIOM w nocy oraz co trzeba dzisiaj zrobić. Nagle usłyszałam wezwanie, ktoś miał zawał serca i zaraz go do nas przywiozą. Pomimo świadomości, że należy zachować zimną krew, nic nie powstrzymało napływu adrenaliny. Zawsze, pomimo doświadczenia, nowy przypadek to było coś fascynującego. Coś, co zawsze dawało mi chęć do pracy.

Pacjent lat 87, pierwszy zawał serca, nadciśnienie tętnicze, miażdżyca tętnic wieńcowych serca. Biedny dziadek. Przypominał mi mojego. Na szczęście pogotowie przyjechało w porę i udało nam się go odratować. Spokojnie wypełniłam papiery i gdy nagle zobaczyłam w nich znajome nazwisko. Skądś je znałam… Jednak nie pamiętałam skąd. Nie było jednak czasu się nad tym rozwodzić, bo godzina na zegarku uświadomiłam, że znowu się spóźniłam na poranną odprawę. Kiedyś mnie za to zabiją.
Biegłam przez korytarz omijając pielęgniarki i pacjentów. Wbiegłam do pokoju. Jak zwykle w takich sytuacjach, zostałam skarcona wzrokiem przez wszystkich, aż mi się głupio zrobiło. Ordynator dokończył odprawę i pomaszerowałam na obchód. Jak zwykle poszło szybko. Na koniec zostawiłam porannego dziadka. Leżał znudzony, widać było, że niezbyt pasuje mu pobyt w samotności.
-Jak się teraz pan czuje?
-Wreszcie ktoś tu jest! Znacznie lepiej, pani doktor.
-To dobrze. Mam do pana kilka pytań.
-Na wszystkie odpowiem, z ręką na sercu, szczególnie, że mam taka miłą i ładna panią doktor.
Posłałam mu uśmiech. Ci starsi panowie z przedwojennych roczników nigdy się nie zmienią.
-Czy może pan pali?
-Hmm… Tak
-Dużo?
-Zależy od tego, co według szanownej pani oznacza dużo.
-Paczkę dziennie?
- To w takim razie palę dużo.
-No właśnie. Słyszę bardzo wyraźnie świsty w płucach. Chodzi pan na spacery?
-Czasami.
-To musi pan zacząć częściej, no i koniecznie rzucić palenie, bo obawiam się, że jak pan tego nie zrobi to częściej będzie miał problemy z sercem. Jakie pan leki dostał od kardiologa?
-Nie pamiętam, ale moja córka z synem powinni przyjechać niedługo. Przywiozą całą dokumentacje.
-W takim razie zajrzę do pana jak już przyjadą. Proszę teraz odpoczywać i nie forsować się, bo wystarczająco dużo pan przeżył jak na jeden poranek.

****

Po południu wpadła do pokoju rozentuzjazmowana Ania.
-Nie zgadniesz co! W następny weekend jadę z Bartkiem w góry, na dwa dni. Tak dawno razem nigdzie nie byliśmy, cholernie się cieszę!
-To wspaniale. Więc musisz się przygotować i go zadziwić.- puściłam do niej oko. Dobrze wiedziała o co mi chodzi, bo zaraz się roześmiała i popędziła przebrać. Do wieczora miałyśmy praktycznie spokój: parę badan, jedna mała operacja, weryfikacja papierów. Rodzina porannego dziadka doniosła dokumentację, a ja akurat siedziałam spokojnie, zastanawiając się, że to nazwisko coś mi mówi. Moroz… No i nagle sobie uświadomiłam, że takie same nazwisko miał Mateusz. TEN Mateusz. Ten, do którego wzdychałam jak głupia w liceum, a on nawet nie wiedział o moim istnieniu, ten który był w trzeciej klasie, a ja w pierwszej. Brat Karoliny. Boski Krętek. Aż się uśmiechnęłam na to wspomnienie. Nie ma to jak biologiczne zboczenia; nazywanie ludzi nazwami bakterii lub robaków. To zdecydowanie nie było normalne… W każdym razie Krętek był boski. Miał przepiękny uśmiech i jeszcze piękniejsze niebieskie oczy. I te czarne włosy. Wspomnienia odżyły.
Szkoda, że nigdy się nie zebrałam i nie zagadnęłam do niego. Cóż, w końcu byłam wtedy tylko śmiesznym głupim pierwszakiem, a on był trzecioklasistą, maturzystą… Ciekawe co u niego.
-Co Ci jest? - nagle zapytała Ania. Obok niej stało parę innych osób, z którymi pracowaliśmy.
-Nic, nic. Zamyśliłam się.
-No właśnie widzę. Chyba to było miłe zamyślenie, żałuj, że nie widzisz wyrazu swojej twarzy. O czym tak intensywnie myślałaś?
-A takie tam, nie ważne. Coś nowego się szykuje?
-Nie, nic. Powoli zbieram się do domu. Idziesz?
-Nie, mam nockę dzisiaj.
-Zdecydowanie za dużo pracujesz.
-Wiem. Zawsze mi to powtarzasz.
-Bo zaczynasz przeginać? Naprawdę, co za dużo to nie zdrowo.
-E tam. Przesadzasz.
-Dobrze wiesz, że nie. Zresztą, jak chcesz. Do jutra.
-Zaczekaj. Weź mój samochód.
-A jak Ty wrócisz?
-Pieszo. Spacerem.
-Wariatka.
-Dziękuję.
Pożegnałam się z Anią, przeszłam się po oddziale i poszłam na izbę przyjęć.
W nocy jak zwykle mało się działo, więc posłuchałam trochę szpitalnych plotek i wróciłam na odział. Skończyłam papierkowa robotę i dochodziła już prawie ósma. Wiedziałam, że jak
zostanę na dziennym dyżurze to najpierw dostane chłostę od ordynatora, że w takim stanie nikomu nie pomogę i sama padnę, a tego im nie trzeba. A jeszcze później dzieła ordynatora dokończy moja współlokatorka. I szczerze mówiąc, nie wiem co byłoby gorsze. Powolnie przebrałam się i wyszłam na dwór. Mimo tego, że była wiosna, był chłodno. To dobrze, pomaga otrzeźwić umysł.
Oddałabym królestwo za prysznic. Nagle zaczęło padać. Prosisz masz. Cóż za ironia. Nie na nawet sensu biec, bo i tak zmoknę. Ruch na ulicy wzmógł się, a ludzie mijający mnie patrzyli na mnie jak na nienormalną. Jakiś mistrz kierownicy w swoim ,,super" aucie zaproponował, że mnie podrzuci do domu. Naprawdę, czy jeszcze są tak umysłowo cofnięci faceci, czy może są zwykłymi debilami i myślą ze nieznajome laski chętnie odjada z nimi w sina w dal ku zachodowi słońca prosto w kierunku, jak oni to nazywali, dobrej zabawy? Najwidoczniej są jeszcze tacy. Podziękowałam uprzejmie i poszłam dalej. Piętnaście minut później byłam już w mieszkaniu. Małe, bo małe ale przytulne. Wzięłam prysznic i zajrzałam do pokoju Anki. Nie było jej. To nie nowość, ostatnio większość nocy i wolnych dni spędza u Bartka. Zresztą, nie dziwię się jej. Rzuciłam się na łóżko i szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia jak długo spałam. Chwała Bogu, że nic mi się nie śniło, szczególnie dobrze, że nie szpital.
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek - osiemnasta. Moj sen trwał dłużej niż się spodziewałam. wygramoliłam się z lóżka i poczłapałam ku drzwiom.
-Kto tam?
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

sobota, 31.października.2009, 20:44
Chirurgia – jeden z najstarszych działów medycyny, w którym podstawowym sposobem leczenia jest zabieg operacyjny, oraz postępowanie za pomocą nie uzbrojonych rąk, jak w przypadku nastawienie złamanej kości.
W praktyce oznacza to o wiele więcej. Nieustanną walkę o przetrwanie, wyprzedzenie czy przechytrzenie choroby. Ustawiczne stykanie się ze śmiercią. Bierzemy na siebie ogromną odpowiedzialność, której większość ludzi na świecie się boi. Tu nie można się bać, bo pacjent boi się o wiele bardziej. W końcu to on powierza w nasze ręce coś najcenniejszego- swoje życie. Najgorsze co może nam się przydarzyć to przegrana walka i śmierć pacjenta.
Wybierając chirurgię wiemy na co się piszemy. Na wyrzeczenia, które cechują dobrego lekarza. Jeżeli nie jesteś w stanie poświęcić większej części swojego życia, nie wybieraj się na chirurgię, bo nigdy nie będziesz dobry. Wielu nazywa nas elitą lekarzy. Najlepszymi z najlepszych, cyborgami. Przez to nakłada na nas jeszcze większą presję, niż może wydawać się innym.
Pamiętam ten dzień, w którym dostałam się na medycynę. Był to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Czegoś takiego nie da się opisać słowami. Przechodząc pierwszy raz przez próg uniwersytetu czuło ten niesamowity czar, który miał sprawić, że zostanę lekarzem. Na początku było nas 300 osób, po 6 latach zostało 150. Kończąc studia i dostając się na swój staż mogę nazwać drugim najwspanialszym dniem w moim życiu. Pamiętam, że na zakończeniu się popłakałam. Każdy miał się rozjechać w swoją stronę. Ale obiecaliśmy sobie, że nie zapomnimy o sobie i będziemy się kontaktować. Z tego dnia pamiętam też moich rodziców, byli tak dumni ze mnie i widziałam to w ich oczach. Mama aż się popłakała.
Czas stażu i specjalizacji wspominam zdecydowanie lepiej niż studia. Już coś wiedziałam i byłam przygotowana na ciężką pracę. Sięgając pamięcią wstecz przypominam sobie, że kiedyś pewien profesor zapytał mnie czemu chce zostać kardiochirurgiem. Przecież to ciężki zawód, szczególnie dla kobiety. Po za tym chirurdzy to banda aroganckich dupków, w większości facetów, których ego jest największe wśród wszystkich lekarzy. Odpowiedziałam wtedy, że podejmują się najtrudniejszych i najcięższych zadań i ja też tego chce.
W ten oto sposób dostałam swoją obecną pracę, był to kolejny duży krok w kierunku mojej kariery i dorosłego życia, które w młodszych latach wyobrażałam sobie w zupełnie inny sposób niż rzeczywiście jest. Za późno na zmiany. Zresztą pasuje mi to kim jestem i co robię.
Leczę ludzi i podejmuję się także beznadziejnych przypadków, bo wtedy moja praca daje mi jeszcze większą satysfakcję.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:




Szablon
Szablon wykonała Assonnata. Zdjęcie od Violet. Najlepiej przeglądać w Mozilli 1280x1024. Chcesz podobny? Zamów na Stylowych szablonach.

Menu

Księga gości
O mnie
Pokochaj

Linki

Linki
Toplista Opowiadań


Przeszłość

2009
październik (1)
listopad (2)